11 June 2015

Now love is a little number that you can wear each day

23:04

Stephen Hawking kiedyś powiedział, że wszystko ma swój początek i wszystko ma swój koniec. Nieważne czy mówimy o naszym życiu, istnieniu naszej planety albo całego wszechświata. Jak wtedy rzecz ma się z miłością? Czyżby miała ona znikać wg teorii naukowców? Miałoby to oznaczać że spotykając swoją drugą połowę bylibyśmy z góry skazani na zagubienie jej gdzieś po drodze? Nie, jest to niemożliwe i nie chcę w to uwierzyć. Miłość nie może mieć końca tak samo jak nie ma początku. Ona ma wiele twarzy i wiele odsłon. Przychodzimy na ten świat i pierwsza miłość która na nas czeka to miłość naszej matki. Ona wszystko wybacza, jest cierpliwa i nie zna końca. Później odkrywamy wiele innych typów miłości: do przyjaciół, rodziny, bądź innych ludzi których spotykamy na swojej drodze. Ta miłość ma tyle barw, czasami nie jesteśmy w stanie jej zrozumieć i zadbać o nią. Jest też miłość do siebie. Ona pozwala nam przetrwać, wybrnąć z najgorszego bagna w którym możemy się znaleźć. Niewątpliwie gdzieś jest nasza druga połówka, bratnia dusza, która nas uzupełnia jak mleko kawę. Dwie dusze stają się jedną i jeżeli któraś cierpi to pomaga jej druga... 

Dwa tygodnie temu mieliśmy zaszczyt być na ślubie dwóch fajnych istotek P i A. Uroczystość odbywała się w Częstochowie gdzie pojechaliśmy całą rodzina. Robert dawał nam czadu ponieważ był trochę chory. Polowa wesela ominęła nas długim łukiem. Kiedy byliśmy razem na sali weselnej i patrzyliśmy się jak bawią młodzi, czułam że szczęście i radość roznoszą się w powietrzu, było ono jakby nimi nasączone. Miłość w takich momentach promienieje tak mocno, jak słońce, każda komórka ciała przechodzi niesamowitą energią. Nie mogłam się napatrzeć na parę młodą, wiedziałam, że tego dnia spełnia się ich największe marzenie - połączyć swoje życie w jedno i przejść go razem, choćby tysiąc przeszkód miało pojawić się na drodze. 
Jak naukowcy mogą twierdzić, że taka miłość ma swój koniec?? 

Stephen Hawking said once that everything has it's beginning and its end. No matter what we are talking about : from ourselves to even time itself. Does it mean that love doesn't last forever? I mean even if we found love shell we loose it on our way to infinity? I don't care what rule lies under this theory I just can't believe that love lasts like cold. I believe that it has million faces and hundreds ways to show up. It appears when we come to this world: from the first second mother sees her newborn child she's ready to give all her love to him. It's the biggest miracle I felt myself as well. Later we meet dozens of people, some of them become our closest family, we call them "best friends forever"; some appears just for a moment to give us unforgettable experience of love. Finally we meet someone we are ready to spend our live with. Is it our soulmate? My favorite theory is: there was one soul and it splited in two different bodies, who supposed to find each our. Well, they have the whole live to do this and yes, sometimes they are not Prince Charming and Sinderella. However, I believe it's the second miracle we aren't always ready to accept. But it's a different story...
Two weeks ago we got invited to Czestochowa to wedding ceremony of A and P. That was an incredible weekend, despite the fact that my son cought a cold.. We didn't see the biggest part of the party but the one we participated was amazing! I felt that love and happiness were in the air. I felt it vibes and I could feel the moment of relief. I stopped worring about everything an told my husband "I love you with all my heart". The most important thing is to keep this feeling and carry it out, to help it grow, to become smth you aren't taking for granted. To bring it though all you live..and even further.
















What I'm wearing:

Dress - Red Valentino
Shoes - Zara
Clutch - Bijou Brigitte
Earrings - Swarowski
Bracelet - Bydziubeka

Nie boję się ciemności - nowa książka polskiej blogerki

22:53

"Wierzę w cuda i wierzę, że prędzej czy później spełnię wszystkie swoje marzenia"
Nie raz wcześniej wspominałam, że co miesiąc kupuję sobie Joy'a - gazetkę o modzie, plotkach w świecie gwiazd i nowych trendach. Wolę ją od innych bo nie cierpię dużej ilości reklam i minimum treści. Zauważyłam również program prowadzony przez Panią Dorotę Wróblewską poszukiwania młodych talentów m.in. w kategorii blog. Z ciekawością sprawdzam większość z laureatów by dowiedzieć się co mają w sobie niezwykłego. Raz, bodajże w lutym zobaczyłam nietypowe zdjęcie polskiej blogerki Katarzyny Frąckowiak i link do jej strony - coeursdefoxes.blogspot.com. Wpisałam w wyszukiwarce i znalazłam: rysunek dziewczynki z dużymi oczami trzymającej na rękach kota. Obejrzałam dosłownie kilka pierwszych tekstów, wyrwało mi się tylko "dziwna" i zamknęłam stronę. Po kilku dniach wróciłam by poczytać więcej, zainteresowało mnie to, co ta istotka przekazywała w każdej swojej wiadomości do czytelników. Była to radość, były to też smutki, zmartwienia i strach. Po paru tygodniach okazało się, iż czekam na kolejną publikację i nie rozumiem czemu jeszcze nic nie napisała. Jest w Kasi coś niezwykłego, w nietypowy sposób prowadzi ona również swojego lifestylowego bloga. Zaglądałam tam jak do koleżanki na kawę, by dowiedzieć się co ciekawego dzieje się w jej życiu, co przeżywa i jak sobie z tym radzi. Większość blogów nie zawiera w sobie nic pożytecznego oprócz pary dobrych ujęć. Tekst zazwyczaj ogranicza się do mało istotnych "dzisiaj świetna pogoda więc założyłam żółtą sukienkę". Jak serdecznie mam tego dość! Na szczęście Kasia daje z siebie o wiele więcej niż można oczekiwać od typowego bloga, pozwala wejść w swoje życie każdemu, kto nie jest obojętny i słowo za słowem otwiera swoją duszę. Wszystko ma swoją historię i nie ogranicza się pewnie do temperatury na zewnątrz...

Niedawno bowiem dowiedziałam się, że w maju Kasia wydaje swoją pierwszą książkę. Nie trzeba mówić, że w dzień premiery sprawdzałam każdy Empik w okolicy i zamówiłam ją przy pierwszej możliwości? Trochę zeszło zanim dostałam swoją paczuszkę i z dziecięcą radością pobiegłam do domu by jak najszybciej ją otworzyć. Nie kochani, nie zwariowałam, ponieważ zaczęłam odnosić się do Kasi jak do swojej dobrej znajomej i cieszyłam się razem z nią za taki kolosalny sukces.
"Mimo iż jestem pesymistką, w jakiś sposób podchodzę do życia pozytywnie i staram się odnajdywać w nim piękne rzeczy"
"Nie boję się ciemności" rozpoczyna się jak historia przeciętnej nastolatki z jej codziennymi problemami. Między innymi martwi się o to, jak jest odbierana przez dzieci z jej otoczenia, albo jak poradzić sobie z patologicznym sąsiedztwem. Przeżywałam strona za stroną pewnie te same emocje, które towarzyszyły Kasi wylewając swoją dusze na papier. Przede wszystkim zauważyłam w jej słowach strach: nie wszyscy byli tacy wspaniali w dzieciństwie. Dzieciaki są w ogolę bardzo złymi w stosunku do siebie stworzeniami. Jeżeli ktoś pokazuje swoje słabe strony i jest po prostu inny, staje się nielubiany i w socjalnej hierarchii spada na samo dno. Będąc dzieckiem miałam swoje problemy aczkolwiek dobrze pamiętam że nikt nie był w stanie mi z nimi pomoc. Dorośli już nie pamiętają jak to było w ich przypadku i radzą dorosnąć a problemy same znikną. Dziecko natomiast nie może czekać naście lat na rozwiązanie, widzi w tym wszystkim swój świat, a raczej jego koniec. Patrząc z perspektywy lat uśmiecham się na myśl o tym co przeżywałam będąc dzieckiem, cieszę się ze swoich osiągnięć i nie martwię się o to co było zrobione. Czasami jednak okazuje się, że nie wszystko jest pod kontrolą rodziców i niektóre wydarzenia wpływają na całą naszą przyszłość. Stało się tak i w przypadku Kasi: niespodziewana choroba, ból, cierpienie, izolacja, słabość, walka z wewnętrznym Ja. Tak łatwo jest poddać się, uwierzyć w to, że nie jesteś niczego warta i świat nie przyjmuje cię taką jaką jesteś. W pewnym momencie książki nie mogłam wstrzymać łez i mówiłam do siebie że nie mam prawa narzekać, skoro nie spotkałam się z tym czymś co przeżywała Kasia. Byłam zła na siebie, że nazwałam ją dziwną. Z drugiej strony Kasia rzeczywiście jest inna, dla kogoś nawet dziwna: jak ona dała radę nie poddać się chorobie? Gdzie ta istotka znalazła siły dla codziennej walki? Skąd Kasia znalazła tyle siły woli by móc znów pokochać siebie i pokazać innym, że wciąż istnieje i jest bardzo ciekawym człowiekiem? Jest to nie lada wyzwanie, tym bardziej dla dziewczynki która tyle przeżyła!
"Moim największym celem jest po prostu budzić się każdego poranka"
Cieszyłam się każdym sukcesem Kasi, każdym osiągniętym celem, każdym podjętym wyzwaniem. Jednym z nich było na pewno stworzenie bloga; nie w celu komercji a tylko w celu uwierzenia w siebie, wyrzucenia z siebie wszystkich zmartwień, podzielenia się swoim doświadczeniem z całym światem. Było to jednym z licznych lekarstw, lekarstwo dla umysłu, duszy i zranionej samooceny. Jak Kasia dała sobie radę? Pewnie mogę zostawić to pytanie bez odpowiedzi, książka i kilka tysięcy czytelników mówią same za siebie. Kasia nie spoczywa jednak na laurach i wciąż inspiruje, szuka nowych pomysłów i wyzwań. Niedługo mam nadzieje będę składać zamówienie na kolejna książkę!

Kasiu, jesteś cudowną osobą, Twoja książka stała się dla mnie poradnikiem wiary w siebie.













9 June 2015

Top 10 pony tails, pony tail inspirations + my first video!

22:42
Witajcie moi kochani! Miało to być kolejnym pinem na Pinterest  ale nazbieram zdjęć na cały post. Poniżej znajdziecie 10 ciekawych pomysłów na wydawało się bardzo prostą i codzienną fryzurę - kucyk. Żartuję czasami, że nadaje się tylko do prac domowych: sprzątania, gotowania, prania.. Gwiazdy lecz znajdują go nieraz modnym a nawet seksownym i chętnie pojawiają się z taką fryzurą na czerwonym dywanie. Jedna z nich zainspirowała mnie na stworzenie krótkiego filmiku, który znajdziecie na samym dole. Wybaczcie kochani za jakoś i ewentualne błędy ^_^, Val się dopiero uczy. Przyjemnego oglądania! 

Hi guys! Welcome to my new post where I'd like to show you how to create a sexy and glamorous pony tail. Yeah, I usually say that it a kind of "housewife" hair style :) In my home town it alwayds used as a "bad hair day" solution. Nevertheless celebrities break old rules and brand new ways to create a piece of art instead of simple pony tail. If you're interested - below there are top 10 pony tails I got inspired by. More hair style ideas you can find on my Pinterest  - just follow the link and subscribe to my boards! I hope you'll enjoy these photo inspirations as well as my first YT video (polish only, but honestly there are not that many things you need to listen to ;) )
Love you <3















7 June 2015

Sopot, I missed your sun!

17:21
Jestem pełna podziwu kiedy czytam czyjeś opowieści o zagranicznych podróżach. Pełne fascynacji i pięknych zdjęć. Nic dziwnego, że nie doceniamy tego, co leży u nas pod nosem i staramy się uciec tam, gdzie nas nie jeszcze nie było. Przyznam szczerze, że też z załamaniem odpowiadam na pytanie "co warto zobaczyć w Rosji i gdzie lepiej się wybrać na wycieczkę". Piękne krajobrazy i zabytkowe widoki mieszają mi się czasami z "brudną" rzeczywistością. Niemal wszyscy moi znajomi są pod wielkim wrażeniem i wspominają wyjazdy do Rosji z jak najlepszego punktu widzenia. Mi z tym idzie gorzej.
Odwrotnie, jestem w stanie powiedzieć o Polsce: są tysiące ciekawych miejsc gdzie już byłam albo planuje się wybrać i gdzie gorąco zachęcam pojechać każdemu. Dlatego też z niecierpliwością czekam na książkę Jakuba Porada: "Polska da radę. Przewodnik osobisty" która podobno opisuje zachwycające polskie miasta z nowej strony. 
Tymczasem nie piszę o książce, i nie o poradach. Dzisiaj o mieście w którym jestem zakochana od pierwszego spojrzenia. Mieście, do którego przyjeżdża się zawsze w jednym celu, ono natomiast proponuje Ci setki innych możliwości w zamian. Położono jest ono na północy kraju i czasami czuję, że jest tam więcej szwedów niż polaków. Uwielbiam Sopot odkąd przyjechałam tam pierwszy raz i staram się podtrzymywać nasze dobre relacje, odwiedzając go o każdej porze roku.



W Rosji mówi się "jadę na południe" i wszyscy wiedzą, że chodzi Ci o wczasy nad morzem. Polskie morze jest "przewrócone" i za odrobiną słońca i słonej wody jedzie się na północ. Moja pierwsza podróż do Trójmiasta była bardzo chaotyczna ponieważ pojechałam z moim przyszłym mężem i jego ekipą. Nie mieliśmy żadnego planu ani celu przyjazdu i odwiedzaliśmy wszystko co oni mogli sobie przypomnieć. Stwierdziłam wtedy, że przyjadę tam jeszcze raz tylko już sama by porządnie i na spokojnie wszystko obejść.





Taka szansa przytrafiła się niecały rok później. Moja podróż poślubna składała się z dwóch części: najpierw zafundowałam swojej rodzinie wycieczkę krajoznawczą po Polsce a później pojechałam z mężem do rodzinnego miasta w Rosji. Na ślub udało się przyjechać tylko mojej mamie i jednemu z braci z żoną. Była to nieliczna reprezentacja, ale byłam tak szczęśliwa i tak wdzięczna za ich prawie bohaterski przyjazd, że czułam się tak jakby przyjechała cała moja rodzina. Mój brat zrobił dla mnie coś niezwykłego: pokonał sam za kierownicą 1700 km z krótką przerwą, prawie tylko na kawę, następnego dnia był już na uroczystości mimo iż zamykały mu się oczy i musiał spać na stojąco. Powiem coś więcej: w stu procentach angażował się w następnych kilku wyjazdach w kolejne kilka dni. By dać im wypocząć na chwilę zabrałam ich do Sopotu. Podróż była długa, mecząca ale zarówno bardzo zabawna. Na miejsce dotarliśmy dopiero na wieczór po prawie 7 godzinach jazdy samochodem. Czułam się dziwnie, tak jak bym miała trójkę starszych dzieci, którymi trzeba było się opiekować. Zdążyliśmy wyjść z samochodu i się zaczęło: jeden cały czas komentował kwiatki i wszystkie możliwe rośliny, drugi pytał o historię i mnemonikę a trzeci cały czas miał pytania oderwane od rzeczywistości i generalnie zatrzymywał się na każdym kroku by coś zobaczyć, dotknąć, podziwiać...
W spowolnionym tempie w końcu dotarliśmy do małej uliczki ukrytej w starym parku, który na pewno pamiętał wojnę. Znajdował się tam jeden jedyny nowoczesny hotel, reszta wyglądała jak z bajki. Był tam i dom w którym planowałam zameldować rodzinę: wyglądał jak z amerykańskich horrorów o różnych potworach z tamtego świata. Pamiętam jak weszliśmy do dużego i ciemnego korytarza, w centrum którego stały stare drewniane skrzypiące schody: patrzyliśmy na nie z lekkim strachem i baliśmy się oddychać. W mocnym filmie grozy w dwudziestej minucie na tych schodach pewnie stałaby mała dziewczynka w białej koszuli nocnej i podnosiłaby w moją stronę rękę, dlatego starałam się jak najmniej poruszać w nocy po korytarzu. Jak na złość co chwilę musiałam po coś wychodzić. Świeciłam wtedy latarką z całą jej mocą i poruszałam nią tak szybko by nic nie zostało ukryte przed moim wzrokiem.




Uliczką Haffnera na której się znaleźliśmy można było w niecałe pięć minut dojść do sopockiego parku. Po drodze po obu stronach ulicy podziwialiśmy stare, przedwojenne domy, myśleliśmy, że zostały wybudowane jeszcze w XIX wieku. Na ich opłakany stan nie można było patrzeć bez łez, choć rozumiem, że utrzymanie wielu z nich kosztuje cały majątek. Wtedy też często wyobrażałam sobie co bym zrobiła gdybym dostała taki dom po kimś z niedalekiej rodziny. Czy warto by było zainwestować w renowację i otworzyć go dla publiki? Czy ktoś by mnie namówił na wynajem i kompletne zniszczenie zabytku? Jeszcze krok i wszystkie niepokojące mnie myśli znikały, unosiłam się daleko od rzeczywistości, serce jąkało i moje nogi stawały na nieco zimnym w cieniu piasku... Sopot w te dni obdarował nas przepiękną pogodą: cały czas świeciło słońce (w lipcu to raczej wypada) i można było leżeć plackiem na plaży. Dookoła nie było ani duszy, dosłownie kilka dni przed naszym przyjazdem odwołali zakaz pływania i o tym dowiedzieli się pewnie tylko miejscowi. Kąpać się było strasznie ciężko: mój brat do tej pory uważa, że nie umiem pływać wiec nie puszczał mnie dalej niż krok od siebie. Osobiście bał się zimnej wody i stanął prawie po kolana. Zeszło mi trochę czasu by go przekonać: Bałtyk ma swoją uroczą stronę i warto się w nim zakochać.


Po dniu leżakowania, opalania się i wielokrotnych wejść do wody zabrałam ich na spacer w uroczym parku. Za każdym razem gdy jestem latem w Sopocie wybieram się tam na rowerku. Podziwiając piękny krajobraz dojeżdżam do tabliczki Gdynia, wpatruję się jak inni w daleki port Gdański a jak tylko zapada zmrok i zapalają się portowe światła, zabieram się w drogę powrotną.





Od tamtego czasu postanowiłam przyjeżdżać do Sopotu przy każdej możliwej okazji. Zdarza mi się to robić nawet w zimę, ale w lato bądźcie pewni, że parę dni spędzam na sopockiej plaży. Nastawiam budzik na wczesną godzinę, zakładam swoje adidaski i biegnę na plaże. Delikatne słońce wita te pary które zdecydowały się zostać na plaży przez całą noc, omijam ich z uśmiechem - oni pewnie zdążyli na pierwsze promienie nadchodzącego dnia. Biegnę obok kafejek, krzesła jeszcze są przewrócone, tylko gdzieś na niektórych fotelach hotelu Grand mieszczą się nocni imprezowicze. Cała plaża jest dla mnie i dla tych którzy wolą spędzić poranek nigdzie indziej jak tu, biegnąc po wąskiej ścieżce pomiędzy piaskiem i zawsze niespokojnym morzem. Dobiegam do tylko mnie jedynej wiadomej mety, siadam na piasek i podziwiam nadchodzące fale. Każda jest inna, niesamowicie urocza i jak każda inna rozbijają się o brzeg. Patrzę w stronę małego molo: zawsze stoją babeczki uprawiające jogę. Powitaniem słońca rozpoczynają każdy nowy dzień, zawsze się boję im przeszkadzać więc siadam jak najdalej. Siedzę dopóki nie zobaczę kątem oka, że nowy dzień już się rozkręca: kafejki zaczynają sprzątać po nocnej zmianie, panowie przychodzą po pierwszą kawkę a ratownicy oglądają plażę jakby mieli ją uprzątnąć po nocy.





Idę, żałuję tego poranka, że dobiega końca i "moja" plaża przestaje być moją i muszę się nią podzielić.
Obiecuję że przyjdę na pożegnanie :) Zabawne, bo wschód czy zachód słońca niczym się nie różni od tego w Warszawie, ale czy w Warszawie mamy czas podnieść oczy ku niebu by go zobaczyć?..




4 June 2015

Anna Dello Russo visiting Moscow 2015

23:33
Nawet jej imię brzmi bajecznie: Anna Dello Russo należy do tego typu ludzi przemysłu odzieżowego, których można albo kochać albo nienawidzić. Nie istnieje nic pomiędzy, nie znam osoby która obojętnie odnosiłaby się do stylu który tworzy ADR.
Przez dłuższy czas próbuję ją zrozumieć i czasami wydaje mi się, że już się to udało i poznałam jej tajemnicze źródło inspiracji, gdy nagle znów mnie zaskakuje. Ktoś kiedyś nazwał ADR fetyszystką z czym trudno się nie zgodzić: nie uwierzę w to, że ktoś inny ma tyle butów i  dziwacznych dodatków i biżuterii w prywatnej kolekcji. No chyba że ją dogonię w pewnym momencie, zależy jak pójdzie z blogowaniem :D 
ADR świetnie bawi się modą i każdy jej look jest dopracowany i przemyślany do najdrobniejszych szczegółów. Jeśli założyłaby na siebie gigantyczna puszkę po coli, będzie wyglądała super modnie i zainspiruje tym dziesiątki projektantów na całym świecie. Zawsze uśmiechnięta, pewna siebie i szczęśliwa - taką widzę ją i czuję, że jej szczery uśmiech idzie od samego serca. Jej instagrama warto obserwować choćby dlatego, że każde zdjęcie ma w sobie dzienną dawkę pozytywnych emocji. Podekscytowana oglądałam każde ujecie z ubiegłego tygodnia, kiedy ADR odwiedziła Moskwę. Pojawiła się  na kilku wydarzeniach w butiku w Tsumie a także na imprezie w Cristal Room  Baccart. Trzeba przyznać, że jej kreacja na tej imprezie zaćmiła mój rozum i już od kilku dni poszukuję podobnej do tej w której pojawiła się ADR sukienki. Kilka dni pózniej dodała zdjęcia w ubraniach z tegorocznej kolekcji DG: bluzce w kwiaty z kamieni i czarnej spódnicy ze złotym paskiem. 
Wracając do imprezy Cristal Room Baccarat trzeba przyznać, że goście wieczoru starali się w niczym nie ustępować włoskiej It-girl. Nie bez powodu Michael Kors swego czasu powiedział: "Rosyjskie kobiety mają niepowtarzalne poczucie stylu". ADR w każdej ze swoich stylizacji umiejętnie ujęła niezwykły styl rosyjskiej kobiety: czar, przepych, niepowtarzalność, rozkosz, mocne kolory i w pewnym stopniu odzwierciedlenie szczegółów stroju ludowego. 

One calls Anna Dello Russo "fetishist". On the one hand its true (in a good way, of cource): I can't even amaging a person who has as big private collection of shoes and jewellery as she does. Ok, someday probably I'll have even bigger one, but shh! Her everyday look inspires hunreds of people around the world. I believe if she wears huge Coke bin on her - a lot of people will call it a new fashion trend.
What is her magic? Why do we love her so much? Or why do some people hate her so much? Why thousands of people like her strange streestyle oitfits? I assume you agree with me: ADR has "insight" light, she seems to be always happy and satisfied. Damn, she doesn't care what people will think about her , will they see fetishizm or a great piece of art. she wears all what she wants an feels comfortable in. Doesn't matter if she feels comfortable in a huge Coke bin. Each single picture on her Instagram account  brings us to a Wonderland with ADR instead of Alice. It always makes me smile and feel that I should be more selfconfident. 
But it's not about me this time :) today I'd like to share my opinion about her outstanding outfits from the latest visit to Moscow. As you already know I'm from Russia  and I felt touched when I saw her pics and understood that ADR tried her best to show what Russian fashion does mean to her. And she looked perfectly as she always does.  Basically, I paid my attention  on two outfits and I simply can't forget about them. First ADR showed in incredable Dsquared dress and the other one where she wears DG blouse with cristal flowers on it and skirt with a golden belt. 
Looking at her I see all Moscow it-girls at one: perfect woman, self-confinent person, sexy and glamourous, independed, luxury and of course woman dare to die for (or at least pay several million dollars). DG red floral blouse reminds me some kind of Russian national dress and it is so sweet! I'm pretty sure you'll agree with me once you see her fashion guests in Cristal Room Baccarat




















Share
zBLOGowani.pl